To tam, to tu ....

Nachodzą mnie takie niespodziewania nachodzą mnie często dość bardzo ..... ale tak jest że nic zawsze to samo

bieganie.jz

  • niedziela, 31 maja 2015
  • wtorek, 21 kwietnia 2015
    • w tempie internet explorera...

      ... wróciłam do treningów.

      Nie mogłam szybko się zebrać. To wcale nie takie proste gdy biust cały pozszywany. W kolorach tęczy. I wcale tak szybko się nie goi. Na zewnątrz dosyć szybko, ale dwa miesiące co noc budziły mnie szwy tam gdzieś pod skórą. Dodatkowa poduszka a na trening porządny top. I sprawa ogarnięta.

      Top do biegania. Zawsze ważniejszy dla mnie był od butów do biegania. Boso można biegać, po plaży, po łące.... Nie ma takiego miejsca, gdzie można biegać bez wsparcia dla biustu. Nie mam sprawdzonych firm, gdyż większość odzieży nabywam w butiku z odzieżą już lekko znoszoną. Znalazłam tam nike, którego się trzymałam dosyć długo - uścisk betonowy, plus cały tył dosyć odkryty, więc nie przegrzewający. Nowy nabytek z lidla okazał się na tym samym poziomie - ten sam uścisk - choć jeszcze nie wiem jak się sprawdzi w upałach. Reszta moich prób i błędów nie nadawała się do niczego - falujący biust podczas biegu sprawdza się tylko w słonecznym patrolu.

      Nie wiem jak zachowują się implanty. Informacje na ten temat dostarczyła mi scena z Ally McBeal. Jej pierwszą klientką była babeczka, która pozwała chirurga plastycznego o to, że spartaczył robotę, bo gdy ona skacze na skakance, jej implanty nie skaczą (btw. to chyba marzenie każdej biegaczki z biustem).

      Prawdziwy biust trzeba unieruchomić. Dobry sportowy biustonosz  - a wręcz top - to umożliwia, jednak żadna ze scen słonecznego patrolu, nie byłaby tak gorąca, gdyż ten właśnie wspaniały biustonosz, który tak bardzo się sprawdza w ruchu, zmienia dwie odrębnie wykształcone bułeczki w jeden bochenek chleba umiejscowiony gdzieś pod brodą.

      Wygodny.

      Nie gorący.

      Kolejny powód,

      dla którego nie lubię

      zdjęć w biegu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      krasavitza
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 kwietnia 2015 12:14
  • czwartek, 01 stycznia 2015
    • 2014 kontra 2015 - pierwsze starcie!

      Wszystko co przedstawia to zdjęcie reprezentuje moje uczucia związane z przełomem roku. Zacznę od bluzy - mam taką samą. Moje dzieci uznały że jest podobna do.... starego telewizora  - no wiesz, jak się skończył program to tak wyglądał ekran. Tak mnie to porównanie rozbawiło, że nie mogę sie uwolnić od niego zawsze gdy ją nakładam.

      Wczoraj piekarz z pobliskiej piekarni złożył mi życzenia noworoczne - raczej normalka o tej porze roku. To co powiedział też nie różniło się bardzo od tego co mówią/piszą/udostępniają wszyscy wokół. Mam z tym problem ale o tym potem, teraz wrócę do piekarza, który powiedział: "oby ten rok był lepszy od poprzedniego", odwróciłam się i w pół słowa przypomniałam, że reguły życia towarzyskiego są tutaj bardzo sztywne i wymagają ode mnie w odpowiedzi coś bardziej w stylu "nawzajem" niż tego co na prawdę chciałam powiedzieć. A chciałam mu powiedzieć, że takiego drugiego roku jak 2014 w moim życiu już nie będzie. To był na prawdę piękny, pełen takich wrażeń rok, że nawet byłoby zachłannie zbyt oczekiwać, że może coś być lepiej. I nie powiem bynajmniej, że mam idealne życie, jest milion rzeczy które utrudniają mi to co robię i zniechęcają mnie, i odbierają motywację... ale z drugiej strony, to właśnie to, że nauczyłam się z nimi żyć, niektóre z nich przezwyciężać, a jeszcze inne traktować jak dodatkową motywację do kolejnego kroku naprzód tak mnie cieszy. Nie wiem co miałoby się wydarzyć w 2015, żeby był lepszy od swojego poprzednika. No pożyjemy zobaczymy.

       Bardzo ciężko nie mieć celu. Po maratonie nagle go straciłam.  To co wcześniej nazywałam luźnym wybieganiem teraz mi się wydaje bez sensu... przecież wychodząc muszę mieć jakieś założenia - w jakim tempie pobiegnę, jak będzie wyglądał mój trening, nagle takie truchtanie wokół wyspy straciło dla mnie swój urok. Potrzebuję kolejnego celu... nie zdawałam sobie sprawy, że cała frajda w tym maratonie polegała na tym, że realizowałam jakiś plan, że widziałam postępy, że mogłam znaleźć swoje miejsce na biegowej osi czasu...

      W rozterce długo pozostawać nie musiałam. Od moich przyjaciół dostałam w urodzinowym  prezencie urządzenie do treningów - taki mały komputer pokładowy o niezwykłej urodzie i funkcjonalnościach, o których do tej pory nawet mi się nie śniło.  Biegam już od jakiegoś czasu rejestrując swój czas i odległość na endomondo. Ale do tej pory raczej główną jego funkcją było rejestrowanie nabieganych kilometrów i zapisanie ich w postaci wykresu do rywalizacji, w których brałam udział. Pożyczony miCoach odkrył przede mną zupełnie inny świat. Nie tylko miałam plan na kartce, miałam jeszcze na bieżąco informacje co zrobić, żeby się tego planu trzymać. Teraz mam urządzenie, na własność. Nie wiem jeszcze dokładnie jaki cel ustalić. Pewnie będzie to jakaś szybsza dyszka. Zobaczę, najpierw zrobię test, aplikacja wyliczy, na czym powinnam się skoncentrować.

      TADAM życie już zaczęło hojnie obdarowywać mnie niespodziankami. Autystyczna przerwa międzyświąteczna już za mną, po tym jak spłukałam się z urlopu, musiałam spędzić, każdy dzień w pracy. Nie przeszkodziło mi to w wysłaniu rodziny na zimowo-sylwestrowy wyjazd w góry. No przecież sylwester to taki sam dzień jak każdy inny, tylko, że z fajerwerkami - nie ma co robić wielkiego halo... zostanę w domu, poczytam książki, niech się bawią. Tak dobrze się bawili, że wracają nie sami tylko z bąblami wszędzie  - wiatrówka noworoczna podjeżdża już do rogatek miasta, czas nastawić ich ukochane jedzenie, ciasteczka już stygną... żegnaj ciszy, żegnajcie książki w południe, żegnajcie regularny wizyty w klubie sportowym, żegnajcie nowinki fitnessowe o jakich wcześniej nie słyszałam (speedball... really?).... wracamy do tego co znamy (i kochamy miłością bezgraniczną).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „2014 kontra 2015 - pierwsze starcie!”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      krasavitza
      Czas publikacji:
      czwartek, 01 stycznia 2015 17:02
  • wtorek, 16 grudnia 2014
    • Maratona Reggio nell

      Maraton! Poranne śniadanie w hoteliku Europa uświadomiło nam, że we wszystkich pokojach zamieszkali maratończycy. Wszyscy jedzą bułeczki z miodem, tabliczki czekolady, piją kawę w milczeniu. Żylaści, z widocznymi ścięgnami, ze skoncentrowanym wzrokiem w milczeniu pałaszują to, co zwykle dodaje im energię, to co dodawało im energię na poprzednim maratonie i wcześniejszym, i jeszcze wcześniejszym... Z daleka widać, że na sali są tylko dwa leszczyki... z numerami startowym F254 i F255. Wszyscy ruszamy w kierunku startu. Ciągle zastanawiamy się czy dobrze wybrałyśmy  garderobę, drugi zestaw na wszelki wypadek w torbie, gdyby jednak było za zimno. Ale nie jest za zimno, emocje, tłum, głos spikera, który coś mówi po włosku..... OGIEŃ.

      Stajemy na starcie. W pierwszym sektorze, przeznaczonym dla zawodniczek z numerem startowym z prefixem F (jak kobieta). Bez żadnego ostrzeżenia pada strzał i lecimy. Pierwsze 5 kilometrów przez wąskie uliczki między budynkami. W oknach kibice opatuleni w kołdry, pijący poranną kawę i chroniący małe dzieci pod pierzyną na parapecie, wszyscy wykrzykują Forza Forza....

      Na trzecim kilometrze zataczamy pętlę i przebiegamy jeszcze raz przez bramkę start/meta. Ciekawe poczucie humoru organizatorów. Na trybunach kibice, fotografowie krzyczą, spiker coś po włosku mówi.

      Skoro o organizatorach mowa. Nawiązałam z nimi kontakt przez fb. Niewinnie zapytałam, a co jeśli... przebiegnę ten maraton ale trochę później. Organizator z entuzjazmem zachęcił mnie abym się nie poddawała, ukończę tę trasę... a my będziemy czekać z medalem.

      Aga, lubię jak biegniesz przede  mną, to mnie mobilizuje i podkręca tempo. Aga biegnie szybciej i obie się z tego cieszymy. Do 21km - wszystko idzie jak zwykle, wyciągam nogi, wciągam banany i izotoniki... znam już to dobrze. Te wszystkie książkowe treningi teraz sprawiają, że bieg traktuję rutynowo. Na półmaratonie mam 3h i 3 minuty. OOoops o trzy minutki za dużo. Ale spoko, nadrobię.... he he he... na maratonie nie zdarzają się cuda. Jeśli biegasz wolno to będziesz biegać wolno... nie ma to znaczenia, droga jest tak piękna. Otula mnie przyjemność z tego co robię, a sam fakt, że czeka mnie ta przyjemność aż do granic wytrzymałości dostarcza mi niewymownej rozkoszy. Może widok tych wszystkich rodzinek otulonych w pierzyny, które stały w oknach sprawia, że bieg kojarzy mi się z mięciutką, przyjemną puchową pierzyną. Dostarcza mi tylko przyjemności.

      Jestem już ostatnia, ale na punktach odżywiania dodają mi odwagi. Forza Ragazza... Tiamo! Co to może znaczyć? nie mam pojęcia... Twoj ragazzo forda capri ci nie kupi - pamiętam tą piosenkę. Ragazzo - zawsze myślałam, że to znaczy gach, facet, podrywacz.... to dlaczego tak do mnie mówią. Heh Pio zaraz na mecie w rozmowie telefonicznej mówi, że ragazza to 'młoda dziewczyna' ufff.... myślę, że młoda dodał od siebie, żeby mi było miło... nie sprawdzałam, jego wersja mi się podoba.

      Uwaga 28 kilometr - kiedyś raz biegłam 30. Ale po 28 już tylko szłam - i to ledwo. Ale jestem na końcu, trzymam się mniej więcej planu, za mną już busik z oznaczem, że to koniec biegu, busik pełen biegaczy, którzy musieli zrezygnować i dwóch organizatorów. Grande Applauze - krzyczą i zachęcają z charakterystyczną dla siebie włoską żywiołowością. To mnie zachęca, żeby utrzymywać tempo, które mimo wszystko zaczyna spadać, chociaż nie przechodzę do marszu. Truchtam. Zaczynam się zastanawiać, gdzieś tak po 30 kilometrze - ciekawe co by musiało się stać, żebym się wycofała? Przychodzi mi na myśl tylko jedna odpowiedź - omdlenie. A łatwo jest myśleć o omdleniu, gdy zaczynają się mroczki w oczach - punkt odżywiania z bananami, czekoladą i pomarańczami i ciepłą herbatą.  Czekolada. Od pół roku nie jem cukru - jeden wyjątek podczas biegu na trzydziestkę i dziś. Mroczki od razu przechodzą. Wolno i miarowo sunę dalej. 34/35/36/37 jakby były jeden po drugim, co metr. W jakimś transie.

      Na trzydziestym szóstym przypominam jak mi Ulka mówiła, że to hard core. Ma rację. Ale taki fajny. I wtedy myślę, że na pewno mi się uda.... zwłaszcza, że - mimo wolnego tempa, albo może właśnie dzięki niemu - nie mam skurczy, otarć, kontuzji, przyjemność i zmęczenie mieszają się z jakąś niewiarygodną radością.

      39 - ups minęło 6 godzin. Heh - organizatorzy informują, że jeśli mam ochotę i jestem zmęczona mogą mnie odwieźć, ale dodają zaraz, że jeśli mam ochotę Finito Corso - to oni z chęcią zaczekają. Jaki jest mój wybór. No jasne, że lecę dalej. Lecę to już przesadne określenie. Czy dodałam, że wszyscy mówią po włosku? Po włosku mówi też koleś, który przyjeżdża do mnie na rowerze i mówi, że przyjechał dokończyć ze mną bieg. Trasa idzie przez park, nie było opcji zatrzymywania ruchu, więc nikomu nie przeszkadzam. Żartujemy sobie z kolesiem na rowerze, jest jak anioł stróż.

      Docieramy do ostatniego punktu żywieniowego na 40km. Wszyscy już podchmieleni - na wszystkich punktach żywieniowych, jak już przebiegną biegacze, zaczyna się biesiada - przy zastawionych stołach i butelkach wina. Przypominam sobie tę butelkę białego lekko musującego wina, która czeka w lodówce. A jednak będę świętować. Biesiadnicy wręczają mi ciepłą herbatę i przekrzykują się w jakichś tam hasłach. Mam nadzieję, że to co krzyczą, to nie jest nic w stylu Ruchy Kluchy... złaź z trasy... chyba jednak mówią miłe rzeczy... ja sobie tak tłumaczę, uśmiechają się, obejmują biją brawo i częstują winem, ten co  mnie przytula pali i dmucha dymem papierosowym w twarz... wspaniale.

      Końcóweczka już jak bieg na mojej dzielnicy, po chodniku, żeby nikomu nie przeszkadzać. Na końcu czeka Aga. I organizatorzy z medalem, ręcznikiem. Ten biały ręcznik w który mnie owijają jest jakiś wspaniały. Ten medal.... taki prawdziwy. To się wydarzyło na prawdę. PRZEBIEGŁAM MARATON.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Maratona Reggio nell”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      krasavitza
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 grudnia 2014 21:35
  • niedziela, 30 listopada 2014
    • bo taki mam kaprys.... ktoś mi zabroni?

       

      Taki miałyśmy kaprys, żeby przed maratonem - dwa tygodnie - sprawdzić się w ostatecznym wyzwaniu. Wyszłyśmy na bieg długi. Najpierw długo zastanawiałyśmy się, kiedy... to jest odwieczne pytanie biegających matek... kiedy dzieci będą na swoich zajęciach i nie będzie trzeba zajmować się domem. Piątek odpada - brak synchronizacji z Agą. Sobota jest ryzykowna, grozi brakiem synchronizacji z mężem, ale sobota ma szansę wypalić, a jak się nie uda jest wyjście awaryjne - niedziela rano. Sobota wieczór ma też swoje zalety. Padnięta matka, która ma 20+ kilometrów w nogach, kładzie się spać i nie musi przechodzić przez rutynę dnia codziennego.

      Sobota wieczór wypaliła. Spotkałyśmy się w ten mroźny wieczór. Wystartowałyśmy. Aga podzieliła się swoim marzeniem: Ja to bym tak chciała przebiec tyle, ile jeszcze nigdy w życiu nie przebiegłyśmy, tak z 26k - powiedziała. Mróz szczypał w tyłek - reszta była w miarę zabezpieczona. Tak biegłyśmy sobie zatem, biegłyśmy, aż dobiegłyśmy do miejsca, w którym nie wiedziałyśmy co dalej - chodź zobaczymy co tam jest za rogiem... a tam za rogiem, była wspaniała, nowa droga, ze ścieżkami rowerowymi, prowadząca w dzielnicę lasów, stawów, pól truskawkowych - jednym słowem - w dzielnicę mojego dzieciństwa. Aga - co Ty na to, żebyśmy biegły do oporu, a w drodze powrotnej jak padniemy to wrócimy tramwajem. Tak też się stało, z tym wyjątkiem, że nie padłyśmy. Tzn. padłyśmy ale dopiero w domu na kanapie. I udało nam się przebyć magiczne 30k (słownie: trzydzieści kilometrów).

      Taki trzydziestokilometrowy bieg kontrolny jest podobno ważny w przygotowaniach do maratonu, bo trzeba się zmierzyć z dłuuuuugaśnym dystansem. Że dzięki takiemu biegowi zdobywamy poczucie czasu i odległości, która nas czeka na maratonie - szczerze: nie sądzę, że byłabym w stanie zrobić choć jeden krok więcej ponad to, co zrobiłam wczoraj. Nie sądzę też, że sytuacja zmieni się jakoś drastycznie w najbliższe dwa tygodnie. Nie zmienia to faktu jednak, że gdyby nie brały udziału w tym maratonie, nigdy w  życiu naszym nie podejmowałybyśmy takich wyzwań.

      Mam wciąż mieszane uczucia, chociaż mieszane to złe określenie, POMIESZANE, raz myślę, że to dobrze, a raz, że przesada.... dlatego najbardziej pasuje mi wersja z 'kaprysem'. Bo jeśli uznać ten maraton za KAPRYS to na wszystko inne znajduję uzasadnienie. A że wysokie progi na moje nogi, a że gdzie ja się pcham, a że trzeba było być prawdziwym sportowcem, żeby się rzucać na sportowe imprezy.... a kaprys to co? jak go mam to idę... a sens i logika? ups! nie starczyło dla nich miejsca w moich planach.

      * 28 kilometr i nasze ulubione zakątki Wrocławia!

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „bo taki mam kaprys.... ktoś mi zabroni?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      krasavitza
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 listopada 2014 08:07
  • wtorek, 18 listopada 2014
    • Epic Fail

      Po trzech dniach koniecznej  przerwy, którą udało mi się uzyskać przez rozsunięcie treningów, a nie opuszczenie jednego z nich, uderzyłam w trasę. Dosłownie. Hit the road Jack....  Najpierw jak na skrzydłach leciałam - z Agą oczywiście - bo długie biegi udaje nam się razem cisnąć. Więc Aga trochę stonowała (bo ona to strzała już jest) ja odrobinę przyspieszyłam i lecimy. Tym razem inaczej sobie poradziłyśmy z przerwą techniczną, poleciałyśmy wzdłuż drogi 10k i z powrotem. A w połowie stacja benzynowa z całym dobrodziejstwem napoi energetycznych, węzłem sanitarnym i wszystkim czego nam było trzeba do przerwy regeneracyjnej na trasie. Część naszej trasy nawet prowadziła wzdłuż Odry, a nawet część trasą pół i maratonu wrocławskiego - co nastroiło nas oczywiście sentymentalnie i wprawiło w fantastyczny nastrój. Pora dnia też sprzyjała - późne popołudnie, mało ludzi na chodnikach - chłodem przecież już zawiało, co dla nas oznaczało, że bieg będzie bez skazy. Jakże nieświadome byłyśmy faktu, że przyjdzie nam się zmierzyć, nowym doznaniem.

      Od tego szczęścia poprzewracało mi się w głowie. Straciłam kontakt z rzeczywistością. A po zmroku dużo nie trzeba by wykonać jeden fałszywy krok, zwłaszcza po szesnastu kilometrach, kiedy koło zamachowe wprowadziło nogi w ruch i miarowe, powtarzalne te same ruchy, raz po razie... lewa prawa.. lewa prawa... lewa.... KRAWĘŻNIK. Jakoś go nie zauważyłam. Wylądowałam na betonie. Zahaczyłam kolanem, reszta poleciała jakby do wykonania pompki - którą chyba ostatecznie wykonałam. Leciałam chyba pół wieczności twarzą w kierunku płyty chodnikowej. Widziałam jak zbliża się do mojej twarzy, nawet analizowałam, że za chwilę to już na pewno roztrzaskam nos... potem żegnałam się z marzeniami o maratonie, bo na pewno rozbiję głowę, potem jednak wyciągnęłam ręce do przodu, i betonowy chodnik przestał się zbliżać. Leżałam w 'planku' z policzkiem tuż przy wilgotnym betonie i natychmiast poderwałam się - nie żeby wstać! Żeby zobaczyć kolano. Uznałam, że jest to najcenniejsza część ciała, która mogła zostać naruszona, tego najbardziej nie chciałam. Oczywiście, nie wierzyłam też, że to wszystko się dzieje naprawdę. No jak to tak wziąć i upaść. Kolano się odrobinę otarło, choć całe się zaogniło i nawet nie wiedziałam czy boli i co boli, na szczęście już trochę wolniej ale dotarłyśmy do końca treningu. Lód. Na drugi dzień nic. No mały siniak - jakieś stłuczenie, ale to właśnie jest NIC.

      Dzisiejszy trening nie wykazał jakichkolwiek uszczerbków związanych z przedwczorajszym upadkiem.

      Do maratonu mamy 25 dni. Zaczynam się zastanawiać "w co ja się ubiorę"  - co w moim przypadku oznacza - zaczynam realnie myśleć, że to wszystko dzieje się na prawdę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      krasavitza
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 listopada 2014 22:37
  • poniedziałek, 03 listopada 2014
    • w zamiarach nie znam słowa stop

      Ostatni tydzień, to najprzyjemniejszy biegowy tydzień całego mojego, krótkiego biegowego życia. Tak jakbym do tej pory biegała z nogami skrępowanymi niewidzialnym szalem. Trochę przyspieszyłam. Odrobineczkę, nie ma szaleństwa. ALE DLA MNIE TO CZYSTE SZALEŃSTWO.  Czuję się jak strzała i chce mi się coraz szybciej. Tak do totalnej utraty tchu, albo aż moje stopy odmówią posłuszeństwa. To te interwały.

      A pogoda?! Los mnie po prostu rozpieszcza! Nie zasłużyłam sobie niczym na to wszystko co mam. Do maratonu jeszcze 40 dni. Na dworze 17 stopni. Słońce jak cichy wielbiciel,  nie tak odważnie, trochę z ukrycia - lecz jego spojrzenia wciąż czuję na sobie. Wciąż na karku czuję jego ciepły oddech.

      Jak przez poranną mgłę, pierwsze promienie słońca przebijają się odważnie. Jakby ta gęsta mleczna dominująca, sięgająca głęboko w każdą najmniejszą dolinkę, otulająca najmniejsze źdźbło trawy i najgrubszy pień drzewa, paraliżująca największe lotniskach w Europie - musiała ustąpić pod stanowczym dźgnięciem jednego promienia. Jednym zdecydowanym ruchem zrzuca jej sukienkę. Bo tak własnie chce, bo dla niego liczy się tu i teraz.

      Jak te promienie przebijające się przez gęsty całun, tak moje marzenia nabrały wyraźnych kształtów i barw. Uda się. Będzie wspaniale!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      krasavitza
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 listopada 2014 20:59
  • wtorek, 28 października 2014
    • już jestem w chmurach tańczę tam, anioły oniemiały... jak dziki kwiat, jak wolny ptak... dla mnie świat za mały...

      Po tygodniu wygrzewania się w pościeli, jeszcze z lekkim kaszelkiem poszłam ja sie wybiegać. Wcześniej, dla rozruszania poszłam ja się przejść. Miało być krótko, wyszło 8 kilometrów - no po prostu nie mogłam zawrócić z tej radości. Wczorajszy trening to pierwszy mój trening interwałowy z trenerem w pluskwie. Taki trening to ja rozumiem. Prawdziwy trening do utraty tchu.

      Biegałam sobie przecież od jakiegoś czasu, z przerwami, albo zbyt rzadko, żeby generowac jakiekolwiek postępy i zawsze myślałam to samo o biegaczach ze sprzętem elektronicznym. Takim to dobrze, mierzą sobie swoje sukcesy, analizują swój wspaniały szybki bieg... takim to dobrze. Ze mną jest inaczej, nie potrzebuję elektronicznych gadżetów, żeby wiedzieć, że biegam wolno. Żenująco wolno.

      To wszystko zmieniło się w zeszłym roku, gdy za namową rozleniwionego kolegi postanowiłam po raz N-ty znów wziąć się za bieganie. Był zakład, było zliczanie kilometrów, były rywailzacje i emocje. Nasza rywalizacja trwa do dziś, tzn. drugi rok. Jest nas już kilkadziesiąt osób, nie wszystkich znam, ale od lat się ścigamy, taka tradycja. Nawet już od dawna z sobą nie pracujemy, ale zawsze jesteśmy na bieżąco ile kilometrów miesięcznie biegamy. Są gorsze dni, są lepsze - jesteśmy nastawieni na wzajemną mobilizację.

      Kiedy zapadła decyzja o podjęciu próby maratonu, trzeba było tym treningom nadać jakąś strukturę, sciągnęłam plan treningowy z jakiejś biegowej stronki, brzmiał wykonalnie, ale nie do końca taki był, przestałam dotrzymywać kroku. I tu na ratunek przyszedł mi pewien przemiły właściciel, trenera osobistego w małej pluskwie, którego mi pożyczył na czas przygotowań do maratonu (tak tak, to jeszcze tylko 44 dni). Teraz biegam okablowana po uszy. Dosłownie i w przenośni. Słuchawki, pluskwa duża, telefon z aplikacją i mapami, a do tego na bucie pluskwa mała. Każdy trening rozpoczynam od rozplątywania i instalowania okablowania. Co kilometr słyszę jakim biegnę tempem, w sensie, jak bardzo powoli, często słyszę komunikaty motywujące ziomków z moich rywalizacji (może to dziecinada, ale ja to na prawdę lubię - uskrzydla mnie w trakcie biegu, elektroniczny głos speakerki - Message from This and That: Dżoana you are limitless go go go...) 

      Dodatkowo uskrzydliła mnie idea biegów interwałowych. Ja sama nie potrafię się zmobilizować do przyspieszenia, jak jestem z kimś do ciągle gadam, nawet przez chwilę gonię współtowarzyszkę, ale najczęściej się rozdzielamy, a jak widzę plecy to już w ogóle zwalniam. Ale jak coach z pluskwy mówi mi, że mam biec w strefie biegu intensywnego, a wcześniej mi te strefy oznaczył, to ja się staram ze wszystkich sił... a jeszcze dodatkowo wiem, że to tylko 5 minut i na pewno jakoś wytrzymam... i tak mi się to podoba, że już nie mogę się doczekać następnych treningów, bo jutro muszę przebiec 20 minut w strefie intensywnego biegu... can't wait, can't wait...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      krasavitza
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 października 2014 19:26
  • czwartek, 23 października 2014
    • bo ja jestem na zakręcie...

      Nie spodziewałam się, że kilkudniowa niemoc wpłynie na mnie tak, źle. Niemoc, która nie ustępuje, a wręcz przeciwnie. Na pewno kaskadowo spiętrzyły się tu czynniki dodatkowe wraz z okolicznościami przyrody. Pokonywanie piętrzących się przeszkód  - dzisiaj pokonało mnie. Ból w klatce piersiowej sięga dużo głębiej niż tylko do krtani i tchawicy - dusi moją chęć do życia i wiarę, że może być lepiej. Motywacyjny na druk na kubku od biegowej przyjaciółki bardziej potrzebny niż kiedykolwiek wcześniej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      krasavitza
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 października 2014 09:19
  • poniedziałek, 20 października 2014
    • rozkład jazdy

      Gorszy dzień, okazał się nie być po prostu gorszym dniem. Teoria, że uda się rozbiegać pierwsze objawy choroby też legła w gruzach. Diagnozę o zapaleniu krtani i nienegocjowalne polecenie spędzenia 5 dni w łóżku wydała lekarka, która sama biega w maratonach. A na pytanie, kiedy mogę wyjść na pierwszy trening odpowiedziała, że w sobotę. To będzie mój pierwszy wyłom ze ściśle przestrzeganego kilometrażu z rozkładu jazdy =(

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      krasavitza
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 października 2014 12:04

Kanał informacyjny

statystyka