Nachodzą mnie takie niespodziewania nachodzą mnie często dość bardzo ..... ale tak jest że nic zawsze to samo
Wpisy
pierwszy sukces z listy noworocznych postanowień zaliczony...
na basenie - godzina kraulem! z niedowierzaniem obserwowałam swoje postępy w pływaniu, aż odkryłam dzisiaj właśnie, że godzinę basenową rozpoczęłam i zakończyłam kraulem. Nie wiem ile to było basenów, ale nigdy wcześniej nie byłam w stanie tyle przepłynąć więc jestem all excited i w ogóle. Dużo więcej nie napiszę bo moje ramiona nie chcą współpracować. Tak poważniej pływam od dwóch miesięcy, staram się bieganie przeplatać basenem... i odkryłam, że jednak na basenie osiągam większy postęp....co mnie cieszy, bo postęp zawsze cieszy..... uzależnia i wciąga... szabadabada...

Franek, totalny domator nie chciał spędzić urodzin inaczej niż w domu, z trzema kumplami i tatą w roli "pana krokodyla" który czai się za rogiem by pozbawiać małe dzieci punktów, a punkty były ważne, gdyż w końcowym rozliczeniu przeliczane na cukierki
rezolucje noworoczne.... hmm.... ja? NIGDY! przecież nie żyję od daty do daty... moje życie jest płynącą rzeką, ale przecież coś tam zawsze by się chciało zmienić. No przecież. Od jutra... ach.. nieważne.
Sylwester upłynął mi tak wspaniale jak cały poprzedni rok. Tak, wreszcie był lepszy od tamtego poprzedniego. Wreszcie. Odsapnęłam trochę w tym roku, który własnie upłynął. Ale wracam do sylwestra. Insomnia zbudziła mnie koło 4.30, włączyłam komputer i od razu skypowy dzwonek zadryndał. Alfija. Heh... włączenie kamery, kiedy się jest w piżamce w różyczki a na policzkach jeszcze ślady poduszki - możliwe tylko z tak bliską padrużką jak Alfija. Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć osoby, przy których zdobyłabym się na to. Ale to była Alfija. Rozmawiałyśmy około półtorej godziny. Omówiłyśmy nie tylko wydarzenia, ale zeszłyśmy kilka poziomów głębiej. Heh, nic nie robi tak dobrze na serce, jak porządna rozmowa po rosyjsku, taka "ot duszy".
Zaraz po tym, wczesnym rankiem umówiona byłam z inną padrużką, a raczej już koleżanką (gdyż ponieważ, w moim nowym polskim życiu nie ma już padrużek, które musiały ustąpić miejsca nie tak licznym, lecz bardzo przeze mnie cenionym koleżankom)na bieg. Bieg ten ma swoją krótką, acz bardzo ciekawą historyjkę. Miał być w Trzebnicy i miał mieć dystans 10km. Z planów pozostał jedynie dystans 10km. Trzebnica zaś została wymieniona na bieżnię elektryczną na pobliskiej siłowni. Na bieg zapisać się nam dane nie było, gdyż termin przekroczyłyśmy i lista została zamknięta. Lecz nie ma nic, co by tak biegacza motywowało do wyjścia w tak niecodzienny, deszczowy, sylwestrowy poranek jak porządny medal. Medale sobie obiecałyśmy i dzień wcześniej przygotowałyśmy najwyższych lotów, za "udział w pierwszym sylwestrowym biegu na bieżni elektrycznej". Nie wiem czy będzie drugi, może za rok zdążymy się zapisać do Trzebnicy. Problem w tym, że tam nie jest już tak blisko do porządnej sauny, która w sylwestrowy dzień.... heh... jak najbardziej wskazana.
Rozanielona i nieźle zmęczona wróciłam do domu i wyciągnęłam dzieciaki do rynku na koncert sylwestrowy. A raczej próbę generalną.... ale tak tak... widziałam ich wszystkich... Muniek, Zakopower.... ach przypomniały mi się czasy licealne, ach przypomniały....
Z próby - do domu! Nie marzyłam o niczym innym jak drzemka (dla tych co zapomnieli o której wstałam, proszę zerknąć do początku tego wpisu). Drzemka została dramatycznie przerwana przez pierwszych sylwestrowych gości. W ślad za nimi przyszli drudzy, zabawa była pyszna.
I co dalej???
2012 - marzę aby wreszcie przebiec coś ponad tą dyszkę! pół? maraton? nie mam odwagi w noworocznym postanowieniu stwierdzić tego głośno. Więc niech nie będzie to postanowienie noworoczne, a odważne marzenie noworoczne. 2012 - krasavitza na mecie na 42,195 km ach.... kto powiedział, że nasze małe marzenia nie mogą sięgać wysoko?
ach... do tych marzeń o sukcesie muszę dołączyć obrazek ruchomy. Jestem strasznie dumna z Leona, który godzinami potrafi uparcie ćwiczyć jeden trick... oto double kick flip:
przed wyjściem na "obchód wigilijny" nie ma wyjścia, trzeba się sfotografować, mimo protestów i "ale już późno" mama nie odpuszcza, ustawiamy się ładnie pod choinką.... "i zobaczycie, jeszcze kiedyś mi podziękujecie, że tak skrupulatnie uwieczniam takie chwile..." powiedziała mama, która została zagłuszona jazgotem....
tradycyjna wigilia "staropolska" gdzie głównym elementem były kolędy... teściu nie ma sobie równych w pieniu... tylko ON wyciągał "lili lili la.... moje dzieciąteczko...."
wigilijna część druga u Wojtasa, którego jeszcze nigdy nie widziałam poważnego, ktoś podobno kiedyś widział, ale nie miał aparatu... bez dowodów nie uwierzę
stół wigilijny ściśle według zaleceń kierowniczki-mamy, sztućcom jedynie pozostawiono pewną dowolność w układzie, Franek osoba odpowiedzialna za ich ułożenie, skorzystał ze swobody...
Uwaga szminka!
mniam.... teraz to już tylko wspomnienie
jeśli myślisz, że w życiu liczą się tylko mięśnie to się mylisz. ważny jest też FRYZ!