Nachodzą mnie takie niespodziewania nachodzą mnie często dość bardzo ..... ale tak jest że nic zawsze to samo
wtorek, 09 lutego 2010
franio juz kiedyś miał manierę powtarzania sylab, teraz uwielbia powtarzac samogłoski, więc jak mówi z przejęciem patrz, to mówi pa-atrz, albo nie-e, albo a właśnie, że ta-ak. ostatnio też zwraca się do mnie per mamo-o.

więc było tak:

f: mamo-o jak ty pięknie wyglądasz, jak księżniczka (mówi do mnie franek zaraz po przebudzeniu)
m: ciesze się (odpowiadam, albo coś w tym stylu, rano było, dokładnie nie pamiętam) na co on zaraz odpowiada
f: mamo-o! a prawda, że każdy, kto ma długą sukienkę w kwiatki (mowa o mojej koszuli nocnej) wygląda pięknie jak księżniczka...

i wtedy własnie poszłam sobie zrobic kawę...
Tagi: franek kIdZ
22:07, krasavitza
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 lutego 2010
f:mamo, a w przedszkolu oskar uderzył mnie w plecy
m: brzydko! czy bardzo cię bolało
f: bolało
m: i co zrobiłeś jak cię uderzył
f: powiedziałem, że się z nim nie bawię bo jest wyliniałym szczurem


no i czytaj tu z dzieckiem pirackie historie
Tagi: kIdZ franek
08:40, krasavitza
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 lutego 2010
są w domu, franek nie jest jedynakiem, a dobrze mu było, ale z bracmi w domu za to wesoło...

obóz bardzo udany, snowboard (leon) i narty (antek) zostały wprowadzone do życia, odkryte, opanowane i pokochane!

drugi tydzień to ośmiogodzinne zgrupowania na awf-ie, lekcje pływania plus akrobatyka... chłopaki czekają z niecierpliwością...

za to ja z nimi (sama bo dzhigit został w górach) chyba sobie za dużo nie poużywam życia... chyba pojde juz spac, długi tydzień się zapowiada...

ciesze się, cieszę ogromnie!




piątek, 05 lutego 2010
jedną do dziecka o poranku... ten słodki ptyś, wygrzebuje sie spod ciepłej kołderki, mruży oczka, przeciera piąsteczkami, zamyka z powrotem, próbuje się położyc, jednak wstaje rozgląda się....

mam też słabośc, do próśb o charakterze: "poczytaj mi mamo"...

franek zaatakował z dwóch stron moją poranną agendę, która miała składac się z położenia makijażu, szybkiego ubrania się, popędzenia do pracy, wyrzucając frania po drodze...

franio słodko wstał i powitał dzień tymi słowami: mamo, my jeszcze dzisiaj przecież nic nie czytaliśmy...

Pirat Patch i skrzynia kości

no to sobie poczytaliśmy, dzień rozpoczęliśmy o godzinę później... to nasz ostatni dzień we dwoje, jutro wracają chłopaki, wrzawa i gwar znów nastaną!


czwartek, 04 lutego 2010
we wtorek 6km w środę 8 przemierzyłam wraz z sąsiadką moją ochoczą do tego typu ruchu i też zmęczoną tą przydługą zimą.

nie był to jednak bieg, nowy śnieg dosypał, stary śnieg najpierw stopniał potem zamarzł, ale się nie poddajemy, żeby zupełnie nie stracic kondycji Nordic Walk powrócił do łask. 

we wtorek szłyśmy w egipskich ciemnościach, bo zanim z pracy, bo dzieci trzeba przed bają posadzic.... bo to, bo tamto.....

spięłyśmy się jednak w środę mocno... ja trochę wcześniej zerwałam z pracy, babcia (heh ta nasza babcia!) wzięła frania, sąsiadka męża zawezwała wcześniej ze swojej pracy, mam wrażenie, że pół miasta zaangażowałyśmy w ten marsz, w każdym razie, już o 15.30 wyruszyłysmy nad rzekę... udało nam się brzegiem rzeki wędrowac, aż do zachodu słońca (o 16.15, sprawdziłam wcześniej) a po ciemku szłyśmy już ulicami, cała trasa ściśle przemyślana, zaplanowana, obliczona.... było pięknie! zaczęło się od bażanta, który przeleciał nam nad głowami, i wylądował poskubac, coś co wydawało mu się, że jest trawą.... potem ta nasza Odra olśniła nas, skuta lodem.... zachód słońca nad oblodzonym mostem... to po prostu raj! stęsknione obie tym widokiem wyciągałyśmy nogi, choc uważac trzeba, bo nawet przy marszu poślizgi od czasu do czasu sie zdarzaja...

no więc nie śpię, jak nie biegam to chodzę, jak nie biegam ani nie chodzę, to bawię się na mojej nowej zabawce:


piłka jest cudnie odprężająca, na pewno dla kręgosłupa, który musi garbic się przez cały dzień, ale można tez na niej trochę pożytecznie się rozerwac, na przykład tak (klik)

ale, nie tylko cwiczeniami żyje człowiek, chłopcy duzi na nartach szaleją własnie na ziemi kłodzkiej, ja tu z frankiem mam quality time.... jest nam razem dobrze, o poranku wspólne kakauko, potem zaglądamy jeszcze do naszej nowej książki o piracie patchu, potem jeszcze grzebiemy w zabawkach (którą by tu wziąc?) i jak już wybieramy odpowiednią - "wezmę trzy - jedną przytulanką, jeden samochód i jakiegoś superbohatera" to zawsze pada to samo pytanie "mamo czy dzisiaj jest piątek?" odpowiedź codziennie zgodna z prawdą, a po niej westchnienie "a to dzisiaj nie mogę, bo my zabawki możemy tylko w piątki przynosic"  no i tak grzebiemy się, grzebiemy... aż w końcu trafiamy do przedszkola, rozchodzimy się każdy w swoją stronę... schodzimy się u babci w domu, wykarmieni, wygadani, wychuchani... jest dobrze! chodzimy spac z kurami... no wlasnie już teraz... przyszła dokładnie ta godzina...




niedziela, 31 stycznia 2010
zachęcona wczorajszą przebieżką, zdecydowałam się dzisiaj bardziej taktycznie wybrac trasę, wczorajsza była zbyt ciężka, ciągle się okazywało, ze tam gdzie mam zamiar biec jest za dużo śniegu, więc zawracałam, albo przechodziłam przez śnieg po kolana, aby wybrnąc ze źle obranej trasy.... 

dzisiaj wyszłam z domu z takim postanowieniem, idę przez śnieg i lód tak długo, aż znajdę czarny asfalt, wtedy biegnę tak długo aż się da, tam i z powrotem, tam i z powrotem.... aż minie godzina... chcę sobie pobiegac wreszcie jak człowiek...

nie było źle, wprawdzie nie było to czarny asfalt ciągle, ale trochę głównymi ulicami, między ślimaczącymi się pieszymi wypluwanymi przez kościoły, jednak udało się 3km tam i z powrotem to już 6! udało się....

aby jednak doprawic trochę tę ucztę, dodałam szczyptę... ach gdzie tam szczyptę, skromnośc jakaś fałszywa przeze mnie przemawia... garśc całą sypnęłam... porządnej gimnastyki, ramiona, brzuch, plecy.... tak tak praca siedząca wymaga zadbania o rusztowanie!

pewnie ciekawi Czytelnika, skąd ja na to wszystko biorę czas, zazwyczaj z trudem wyłuskam pół godzinki... heh! ferie zimowe, ferie... dzieciaki w górach na nartach z tatusiem, Franio pod opieką babci...

heh to słońce.... po tylu szarych zimowych dniach... zaczynam się czuc jak eskimos na wiosne (niby skąd mam wiedziec jak się czują - Londona czytałam kochani - w dużych ilościach niegdyś)...

coś widze, że zaczynam mnożyc wątki.... i jak ja to wszystko skategoryzuję...

Tagi: bieganie
22:02, krasavitza , bieganie.jz
Link Dodaj komentarz »
Chłopcy na prawdę się spisali, ciężko pracowali i rezultaty ich pracy są widoczne, cenione przez nauczycieli.

Chwalę się, wiem. Ale to dla mnie wielka, wielka rzecz. Siedem lat w Kazachstanie, najpierw rosyjski, potem angielski... wracają do Polski i od razu w czołówce!!!

Oczywiście, nie wszystko jest takie idealne, polska szkoła mnie czasem rozwala, miałabym tutaj temat na wiele wiele postów, i chyba jednak się kiedyś rozpiszę, mam porównanie, więc drżę czasem gdy słyszę i widzę co się dzieje....

Ale nie czas teraz na ciemne strony księżyca, spójrzmy na bright side of life.... my kids rock!
sobota, 30 stycznia 2010
tak piękne słońce zaświeciło z rana, że odłożyłam wszelkie plany na "za godzinkę" i poszłam biegac...

przez ostatni tydzień prowadziłam życie czukczy... schodziłam do garażu, ciepłym samochodem wyjeżdżałam w zimną otchłań wczesnego poranka, przechodziłam krótki dystans z parkingu do biura.... i to wszystko w temacie ruchu. mróz mnie tak wykończył, że każdy wydatek energetyczny wydawał się niemożliwy, dodatkowo, brak termicznej odzieży i zaśnieżone chodniki... splot wszelkich przeciwności dla takiego początkującego biegacza jak ja! 

przez 8 dni moje stawy zardzewiały a mięśnie były obolałe od nieużywania.... fatalne samopoczucie!

nie wiem czego mi bardziej brakowało? czy świeżego powietrza, czy ruchu....

dziś przerwałam ten okres zastoju, bieg nie był jakoś specjalnie długi, musiałam po prostu wybrac mniej uczęszczane uliczki i biec ich środkiem, bo chodniki wciąż są pełne zbrylonego śniegu... ale mimo to przy takim słoneczku, po takiej przerwie czuję się uskrzydlona...
Tagi: bieganie
13:16, krasavitza , bieganie.jz
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 stycznia 2010
... leonowi, jak pisac wypracowanie.

leon kończy pisac wypracowanie o swojej starej szkole słowami: "bardzo jom lubiłem".

tato z cierpliwością anioła tłumaczy synowi: nie mówimy jom, bylko ją, napisz jeszcze raz: bardzo ją lubiłem...

na to franek wpada do pokoju i mówi, nie jom, nie ją tylko: yo [joł] yo [joł] zIoMaLE!
sobota, 23 stycznia 2010
i z radością odkrywam, że nie jestem niezastąpiona... mówię tutaj całkowicie bez podtekstów...

mam już całkiem samodzielne dzieci, bardzo zaangażowanego męża i niezastąpioną mamę...

wszyscy dali sobie świetnie radę, a ja znowu patrzę na te moje chłopaki, nie takie małe już i odkrywam, że życie płynie wartkim strumieniem i z tych w pełni uzależnionych ode mnie osesków, młódź taka mężna powstaje...

a perspektywa najbliżej przyszłości jeszcze bardziej mi to uświadamia... obóz zimowy, zaraz potem obóz stacjonarny akrobatyczny (z basenem codziennie)... i nie jest to ani pierwszy, ani drugi ich obóz, żebym miała tę rozłąkę jakoś specjalnie przeżywac...

idziemy do przodu jednym słowem, nie stoimy w miejscu, w żadnym wymiarze...
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 82
Zakładki:
1. zdjecia na tym blogu
2. ...ale to już było
2.Kazakhstan
3.przyjaciele-i-znajomi
4.słowa słowa słowa...
6.pod ręką...
Irytkowi dziękuje za szablon
O sobie
Ulubione
Joanna Ziemianowicz's Facebook profile statystyka