Nachodzą mnie takie niespodziewania nachodzą mnie często dość bardzo ..... ale tak jest że nic zawsze to samo
piątek, 20 listopada 2009
... chwyciłam za dawno zapomniane kije do Nordica, spacer 9km, moją trasą, którą często chodziłam latem i którą trochę porzuciłam, uczyłam się stawiac duże kroki, w bieganiu za bardzo drobię kroczki, co jeszcze bardziej mnie spowalnia, dzsiaj wyciągałam je jak tylko najbardziej potrafię...

pracujemy nad warsztatem biegacza nawet jak chodzimy...

czas zacząc nowy, ciekawy dzień...

pogoda oszałamia!
czwartek, 19 listopada 2009
nie wiem dokładnie ile, też koło dziesięciu, raczej więcej niż mniej, ale nie na dystansie będę się koncentrowac w relacji z dzisiejszego biegu, dzisiaj liczył się styl, i jeszcze coś, ale najpierw o stylu,

biegłam dużo szybciej, zrobiłam nawet aż cztery podbiegi, czyli jedną prostą biegłam tak szybko jak potrafię, a co najciekawsze, nie zwalniałam do ślimaczego tempa tylko starałam się i tak wyciągac nogi pomiędzy, nie było to oczywiście szybko, ale się starałam jak mogłam...

jestem dużo bardziej zmęczona....

za to moje stopy wcale, wszystko dzięki nowym butom, które niosły mnie amortyzując wszelkie mikrowstrząsy, które do tej pory wykańczały moje stopy...

buty to przedwczesny prezent urodzinowy od Wichurki I Love you!


teraz nie mogę zdecydowac co robic jutro? powinnam zrobic przepisową przerwę, ale szkoda mi poranka, dużo poranków już nie zostało mi na bieganie, może Nordic? albo krótka spokojna 20 minutowa przebieżka?
odpoczywam od biegania, więc nie mogę nic dodac do licznika... za to pracuję nad rzeźbą pod czujnym okiem instruktorki fitnessu, nr.1 we Wrocławiu, kto wie, może i na Dolnym Śląsku - Wichurą aka Kingą...

"kiedy się biega trzeba również pracowac nad innymi mięśniami" brzuch i ramiona nie przemęczają się zbytnio podczas biegu... wiem, że powinnam 10 minut dziennie poświęcic na brzuszki, wprowadzenie tego w życie wciąż jeszcze nie wykonane... zwyczajnie się nie chce, już sobie parę razy obiecywałam, to w sumie tylko 10 minut!
wtorek, 17 listopada 2009
... powinien się nadawac do biegania! 

to mój plan awaryjny, kiedy nie mogę iśc rano. Dzieci dwa razy w tygodniu trenują tam gimnastykę, więc zamiast siedziec i czytac książkę, mogę pogiegac. Niestety jest całkiem ciemno i trudno się dostac do części lekkoatletycznej, ale dwa razy już tam biegałam i całkiem nieźle było, bardzo praktycznie z resztą bo nie "kradnę" ani sobie, ani swojej rodzinie czasu...

niestety tak jest, że każdy bieg wiąże się z jakąś stratą, kiedy rodzina wychodzi z domu, a ja rano idę biegac, to oznacza niestety, ze naczynia po śniadaniu zastanę na stole niesprzątnięte, kupę prania do obrobienia, nie mówiąc o podstawowych konserwacjach powierzchni płaskich... po prostu któregoś dnia ustanowiłam priorytet biegania nad sprzątaniem i tylko dlatego wychodze z domu.

z bieganiem na stadionie będzie inaczej, choc nie wiem dlaczego po południu chce się trochę mniej niż rano, rano jest ciekawiej, więcej energii człowiek ma.

wieczorem jednak biegam szybciej, i to będę dziś ćwiczyc - prędkośc

planuję 12 x 400 

udało się 10 okrążeń! zajęło pół godziny, wycisnęło litry potu, wstyd było potem po dzieci na salę wejśc.

bieżnia jest świetna, bo tak miękka, jak poducha, niestety o tej porze roku nieużywana, więc liście po kostki, namoknięte, gdzieniegdzie kałuże, do tego nieoświetlony więc bardzo ciemno...

zaleta wieczornego biegania: zmęczone ciało bierze prysznic i kładziesz wprost do łóżka, zaleta nieporównywalna.... rano jednak po męczącym biegu trudno zebrac się do życia
poniedziałek, 16 listopada 2009
nowy tydzień, 5km moge już odhaczyc,  jeszcze sporo przede mną, ale dzisiaj skupię się na tym co za mną.

to był maj, nie wiem czy pachniała saska kępa, nie było mnie nawet blisko, wciąż w Almaty, antycypowany powrót do kraju, po siedmiu najpiękniejszych latach życia w Kazachstanie... od jakiegoś czasu pozbywałam się tego co nabrałam przez ten czas, trochę w boczku, trochę w oponce, trochę tam i jeszcze tam... w sumie to nie trochę, a nawet sporo... anyways od dłuższego czasu jechałam na bardzo niskim poziomie cukru we krwi, węglowodany zniknęły z mojego talerza, zniknęła sennośc poobiednia, zaczęłam z większą uwagą przyglądac się dzieciakom biegającym wokół szkoły. Osiem godzin siedziałam w biurze każdego roboczego dnia, a dookoła odbywało się życie szkoły, którego częścią nieodmienną jest w-f. Biegające dzieciaki, zaczęły na mnie działac pobudzająco. Larry kiedyś podchwycił mój wzrok, wpadł do mnie do biura, biura z wielkim oknem z widokiem na boisko szkolne, z gwizdkiem na szyi i w dresie (Larry chodził do pracy codzień, bo nauczycielem w-fu był) i pyta co się tak patrzę, mówię mu, że wiosna przyszła, że chciałoby się rzucic te wszystkie tabelki, papiery, formularze, założyc trampki i dołączyc do dzieciaków i biec ile sił... 

Larry ma wielki dar motywowania ludzi do wiary w to co niemożliwe, bo ustaliliśmy termin i .... któregoś dnia wraz z 6 klasą rozgrzewałam się do biegu. Pamiętam to do dziś, obiegłam boisko raz! 200m bieżących i wpadłam do biura siadłam na fotel i zawyłam umieeeeeeeeeeeeeeraaaaaaaaaaaam! i na prawdę tak się czułam. Nie mogłam złapac oddechu przez najbliższe pół godziny, wypiłam chyba z litr wody... Tim siedział i patrzył na mnie z politowaniem...

Tydzień poźniej nie miałam gdzie się schowac przed Larrym, więc uzbrojona w trampki i top czekałam, aż usłyszę gwizdek. Uwaga! przebiegłam 4 okrążenia i po 5 minutach odpoczynku było dobrze. Trzeci raz przebiegłam 6 okrążen i wtedy sformułowałam swój pierwszy cel! Chciałabym przebiec milę (8 okrążen = 1600m). Któregoś razu 6 klasa grała w dodgeball (taka wersja wielopiłkowego zbijaka) więc do nich nie dołączyłam, szkoda mi było stracic treningu, więc po pracy wróciłam na szkolne boisko i przy kibicowaniu ochroniarza przebiegłam 11 okrążeń. On mi pomagał liczyc okrążenia, w Kazachskiej armii tak podobno się robi zawsze, ułożył 10 patyczków na murku i kazał mi strącac za każdym razem jak zrobię okrążenie.

Zachęciło mnie to ogromnie więc dodałam sobie weekendy i też przychodziłam na szkolne boisko, biekałam albo 1km albo 1milę w zależności od tego ile miałam siły, ale robiłam to z coraz większą częstotliwością.

Ostatnie dwa tyg. w kz. kiedy już nie pracowałam, biegałam codziennie, najpierw szłam na 2km spacer, potem na boisku robiłam parę kółek.

to chyba dla mnie był taki rytuał, chciałam się nasycic porannym widokiem ośnieżonych gór, rześkim powietrzem, nawet gdy o 7 rano słupek rtęci już powyżej trzydziestki.

zaraz po przylocie do pl, zachwyciła mnie dzielnica. trójkąt mało kogo zachwyca wiem, ale mnie zachwyca, a niskie łąki wały nad odrą - ekstaza.

ale wpadłam w panikę, że w moim rozmiarze xxl trochę szkoda kolan na bieganie i zaczęłam nordic walk.

raz w tygodni jednak chciało się poczuc odlot, więc od czasu do czasu odkładałam kije i biegłam, ale częściej chodziłam, od poranków nad rzeką uzależniłam się całkowicie.

w połowie września Wichurka biegła 5km i pyta czy zaopiekuję się dziecmi, albo nawet zaproponowała, żebym dołączyła, nie pamiętam jak to było, wiem, że stwierdziłam że spróbuję, moje spacery już na pewno przekraczały 10km więc jak nie dobiegnę to dojdę, ale dam radę, w czołówce na pewno nie będę, ale .....

ale.... własnie w tym biegu solidarności, gdzie biegło z 600 osób, gdzie ja przekroczyłam metę jako osoba pięcset któraś, zauważyłam, że brakuje w Polsce biegaczy rekreacyjnych. Większosc z uczestników szykowała się do maratonu, który był za tydzien, byli żylaści, szybcy, profesjonalni. Na całe 600 osób, może 20 było takich jak ja, nieprofesjonalnych, biegaczy for fun... może 10 kobiet nosi ubrania powyżej rozmiaru 38....

a przecież bieganie nie jest zarezerwowane dla wyczynowców, w końcu to "najtańszy i najbardziej dostępny sport na świecie"... zobaczymy...

od września biegam 4-5 razy w tygodniu, każdy tydzień to przesunięcie jakiejś poprzeczki w górę. A poprzeczek jest wiele: dystans, prędkośc, jakośc kroków, podbiegi... tyle tego jest nad czym przydałoby się popracowac .... ale jak to mówią angliczanie "let's take one step at a time"

na dzień dzisiejszy, mogę biec bez przerwy przez półtorej godziny, przebiec 12 km.

mam bardzo słabe tempo, truchtam tak wolno, że pewnie nawet nie powinnam nazywac tego biegiem, ale na razie wyznaję zasadę, że nie ważne, że wolno - ważne, że codziennie.
sobota, 14 listopada 2009
kiedyś wyjaśnię jak to się zaczęło, ale teraz o czymś innym...

znalazłam tutaj takie zaproszenie  i myślę, że mieści się to w granicach moich możliwości... chciałoby się powiedziec go for it... ale znalazły się tu dwa ale...

ale nr.1 to plan treningowy, nie wiem, który wybrac, bo jest ich kilka rodzajów, a generalnie nic nie rozumiem z tego co w tych planach sugerują, nie mam przecież sprzętu mierzącego wszystkie te procenty, więc nie wiem jak dobrac realistycznie coś dla siebie

ale nr.2 będzie to sylwester, dla mnie taki bieg to idealny plan na taki dzień, ale co powie reszta "zaśniedziałych" członków rodziny, których ciężko wyciągnąc z domu... 

to byłby mój najbliższy cel... wkrótce jednak postaram się bardziej chronologicznie podjąc temat
Prawda jest taka, że nie mam o czym pisac! tzn. nie chce mi się o niczym pisac, ale... dziś zainspirował mnie ten konkurs, który przeszedł mi wprawdzie koło nosa, ale co tam, w końcu ten blog nie jedno zniósł i bez konkursu się obejdzie... blog treningowy (klik) właśnie dzisiaj minął termin, więc bez złudzen. Zegarek by się przydał oczywiście, ale najlepiej buty.

Zatem od dzisiaj powstaje nowa kategoria bieganie.jz i ona zdominuje ten blog, na jakiś czas... może byc tak, że na krótki, może na długi... nie wiem, może za czas jakiś zafascynuje mnie sztuka decoupagu i zacznę się o tym rozpisywac, ale na razie pozostańmy przy bieganiu.

W najbliższy czas wyjaśnię o co chodzi.
środa, 11 listopada 2009
Byliby świetną parą, mogliby stanowic niezły team i góry przenosic. Gdyby tylko.... gdyby tylko zechcieli poświecic sobie chwilę czasu. Rozmowa tak niewiele kosztuje, ale jej brak tak bardzo oddala. Brak komunikacji, brak chęci... oddala ich.

Dziś już nawet nie potrafią wspólnie cieszyc się prostym spędzaniem czasu ze sobą. On ją odrzuca. Ona udaje, że jest kimś innym niż na prawdę jest.

Chciałoby się powiedziec, że bohaterzy tej historii są fikcyjni, a wszelkie podobieństo do postaci rzeczywistych jest przypadkowe, ale niestety, za dobrze to znamy, każdy z nas spotkał się z podobną parą.

Sama próbuję swoich mediatorskich zdolności, które niestety na nic się nie zdają. Próbowałam nawet, żeby się na jakiś czas rozstali, po ponownym "zejściu się" nic z tego nie wyszło.... moja drukarka nie chce wejśc w dialog z laptopem i już... czy to nie jest wina tej trzeciej? Może Vista ? kto wie?
10:04, krasavitza , mhmm
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 02 listopada 2009
... moich pociech zajmują większą częśc rozkładu dnia, wyprawic, odebrac, przygotowac do, catering, wywiadówki... wszystko to od rana do wieczora, bez przerwy na weekendy...

w naszej kazachskiej maleńkiej, niemalże rodzinnej, międzynarodowej szkółce była zasada "no homework for weekends" i ta zasada sprawdzała się w naszym stylu życia, a tu nagle tyle zadają, albo tyle jest do nadrabiania (polska ortografia ukłon własnie w moją stronę strzeliła niski), że i w weekend szkoła jest namber łan enyłej.

z ciekawości wielkiej, po tym jak Leon przyniósł swoje dyktando, zadzwoniłam do poradni pedagogicznej i zapytałam, czy można się umówic na konsultacje, że dzieci wróciły z zagranicy, że spędziły tam znaczną większośc swojego życia (to jest podobno rozstrzygające w definicji Third Culture Kids - significant part of life spent away from homecountry) że mimo, że są Polakami od 7 miesiąca życia (Antek) i 3 r.ż (Leon) nie mieszkali w Polsce... 

i tu wielkie zaskoczenie... pani mówi do mnie, ze takie przypadki zdarzają się coraz częściej, że nauczyciele nie są przygotowani na takie warianty, że konsultacja pedagogiczna plus opieka nad szkołą będzie nam zapewniona, łącznie z przyznaniem dodatkowych zajęc na naukę języka ojczystego... wprawdzie konsultacje mamy cztery, wolne miejsca w grudniu, ale mamy przynieśc wszelkie opinie, zeszyty... i będziemy stawiac dzieci do pionu.

w sumie to te moje dzieci raczej w pionie są, nie radzą sobie źle... ale zamieszanie w ich życiu nastąpiło, więc niech mają wsparcie z każdej możliwej strony... w końcu to klucz do potęgi ta nauka...

ale kiedy tu jeszcze wyszperac czas do nauki angielskiego, tak żeby wciąż i tą kulę pchac do przodu??? bo chyba wyłączanie tłumaczenia na DisneyXD czanel to chyba nie wystarczy, a niestety to na razie jedyny kontakt moich dzieci z angielskim, nie licząc oczywiście lekcji, na których uczą się this is a cat and that is a dog...

a rosyjski? ten to już zupełnie został skazany na zapomnienie... jak tu to wszystko ogranąc no jak?
środa, 21 października 2009
l: mamo.... ja bardzo lubię tą piosenkę, bo ta pani śpiewa takim pustym głosem
m: ona śpiewa bardzo nisko
l: no taki ma pusty głos
m: wiesz leon, ja się tak nie za bardzo znam na muzyce, ale wiem, że śpiewa się wysoko, albo nisko i to jest taki niski głos
antek odzywa się tonem specjalisty: no wiecie, jest bas, sopran...
l: no właśnie my też się uczyliśmy: mezospotran
a: yyyyyy.... jeszcze jest baryton
l: i .... (nie wie co powiedziec)
a: jeszcze alt...
l: ta jasne, alt! prędzej alt f4
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 79
Zakładki:
1. zdjecia na tym blogu
2. ...ale to już było
2.Kazakhstan
3.przyjaciele-i-znajomi
4.słowa słowa słowa...
6.pod ręką...
Irytkowi dziękuje za szablon
O sobie
Ulubione
Joanna Ziemianowicz's Facebook profile statystyka